sobota, 31 października 2015

Sezon na wciągnięty brzuch zakończony.. ;) Mimo to nie daj się jesieni!

Wyzwania 'piękna figura do lata' już dawno zakończone. Krótkie spodenki, mini spódniczki i topiki pewnie już pochowane głębiej w szafie, w końcu już najwyższa pora na swetry i kurtki. Jak nie dać się jesieni? Jak znaleźć motywację do ćwiczeń w deszczowe i ponure dni, kiedy w końcu nie trzeba wciągać brzucha?:) 



Dla mnie osobiście dużo łatwiejsze jest wyjście pobiegać w słoneczny, ciepły dzień. Obecnie dzień jest krótszy, szybciej robi się ciemno. Nie brakuje powodów do zrezygnowania z treningu.



Nie czekaj na wymarzoną pogodę. Spróbuj siłowni, zajęć zorganizowanych albo ćwiczeń w domu. Nie szukaj wymówek.

Jesień kusi.. Po co się męczyć skoro można by włączyć film, opatulić się kocykiem i podjadać chipsy?


Nie trać formy, ani tego, co osiągnęłaś, do tej pory. Jesień to dobry czas na podsumowanie formy, zrobienie rachunku sumienia ze zrealizowanych celów i osiągniętych rezultatów. To prawda, że możesz przytyć, bo ukryjesz to pod swetrem, ale nie warto. Podejmij któreś z wyzwań sylwestrowych i zacznij nowy rok inaczej. Nie od postanowień: 'zacznę ćwiczyć', a od postanowień: 'będę kontynuować regularne ćwiczenia'. Bądź z siebie dumna 1. stycznia. Nie bądź tą z wielu biegnących w popłochu 3. stycznia do siłowni, bądź tą, która będzie kontynuować swój plan treningowy i krok po kroczku osiągnie wymarzone rezultaty.

Nie daj się jesieni! Walcz o piękną sylwetkę niezależnie od pogody i pory roku; rób swoje i nie przestawaj! :) 

Pozdrawiam,
Ajwonkaa

sobota, 17 października 2015

Kilka miesięcy bez ćwiczeń, ale z dietą - efekty. ZAUFAJ SWOJEMU ORGANIZMOWI!

Heejj.. po przerwie ;)

Za dużo w pracy, za dużo nadgodzin, zbyt wiele czasu na studiach, mało czasu na życie prywatne, jeszcze mniej na bloga.. W każdym bądź razie, cieszę się, że już jestem! ;)

Nie będzie to łatwy post i długo myślałam, jak go sformułować, by nie zadziałał na nikogo demotywująco. Przez ostatnie miesiące potrafiłam pracować od 7 rano do 1 w nocy.. tak, to prawda. Pomijając temat pracoholizmu, nie miałam czasu na nic, a już na pewno nie na ćwiczenia. W skrócie: mam za sobą kilka miesięcy naprawdę sporadycznych ćwiczeń, ale na szczęście z prawidłowym bilansem kalorycznym (stres i brak czasu nie sprzyja podjadaniu). 

Każdy, kto zetknął się z tematem diety i ćwiczeń, na pewno nie raz słyszał, że na idealną sylwetkę składa się w 80% to dieta, a ćwiczenia to jedyne 20%. Ja też znałam ten frazes, ale nie ma się co oszukiwać, nigdy w niego nie wierzyłam. Ćwiczenia sprawiały mi zawsze radość, dieta była problematyczna i męczyła. Kilka lat temu miałam nawet motto; 'skoro biegam, mogę jeść wszystko, bo przecież spale te kalorie'. Wprawdzie zmądrzałam, ale i tak zawsze bardziej ceniłam ćwiczenia niż dietę. I wiecie co? Wystarczyło kilka miesięcy życia na intensywnych obrotach, bym wreszcie przekonała się na własnej skórze o wyższości diety nad ćwiczeniami.

źródło: www.motywujemy24.pl

Zmniejszyłam ćwiczenia, aż doszłam do jednego treningu na tydzień. Myślę, że ratowało mnie troszkę to, że chodzę do pracy, z pracy i praktycznie wszędzie na nogach, więc miałam chociaż 40 minut, do godziny spaceru dziennie. Do tego duży stres i brak czasu sprawiał, że nie myślałam o jedzeniu, nie miałam na nie czasu, jadłam tak żeby przeżyć. Pewnie wywołam tym, co zaraz napiszę burzę, ale powiem tak: zdałam się całkowicie na mój organizm. CAŁKOWICIE. Jadłam, gdy czułam głód, potrzebowałam owoców, jadłam owoce, pachniała mi szynka, jadłam szynkę, otwierałam lodówkę i leciała mi ślinka na ser biały, jadłam ser biały, marzyłam o czekoladzie, pozwoliłam sobie na czekoladę. Nie pilnowałam się, nie liczyłam kalorii, nie podjadałam, nie obżerałam się. Powtórzę jeszcze raz, TOTALNIE ZAUFAŁAM SWOJEMU ORGANIZMOWI. Zdarzyło mi się zapomnieć o jedzeniu, ale organizm/żołądek/albo potoczne kiszki (te, które marsza grają), przypominały mi: 'ej, mała, zjedź coś, jesteśmy głodni, potrzebujemy paliwa!'. Nie pilnowałam godzin między posiłkami, tego, że nie można jeść ileś godzin przed snem albo że owoce to tylko do 13. Jadłam jak potrzebowałam, nie ćwiczyłam.. i wiecie co? Zeszczuplały mi nogi, zszedł z nich nadmiar mięśni i zniknęły kompleksy.. To dopiero paradoks, ćwiczyć, żeby mieć piękne ciało i nóżki, a w konsekwencji aż za bardzo się umięśnić i nabawić się kompleksów.. Kobieta potrafi nie takie rzeczy robić! :D

Wracam powolutku do ćwiczeń, biegam raz - dwa razy w tygodniu po 30 minut, dalej spaceruje, czasem pojadę w góry na pieszą wycieczkę, czasem wsiądę na rower. Bez spiny, bez planów treningowych, bez presji, nie 6 dni w tygodniu po 2 godziny dziennie. Jem zdrowo, czasem pozwolę sobie na coś niezdrowego, ale potem w sumie żałuję, bo lubię się czuć lekko. Rzadko piję alkohol, bo boli mnie na drugi dzień po nim żołądek. Słucham mojego organizmu, a on daje mi znać, że nie lubi kebaba, źle znosi piwo, colę i w sumie to lubi wodę, zieloną herbatę i ciemnie pieczywo. Dzień przed okresem zjadam 3 paczki chipsów i 2 czekolady, pozwalam sobie na to, bo wiem, że to jeden taki dzień w miesiącu.

źródło: www.google.pl

Czy wrócę do ćwiczeń? Oczywiście! Ale chcę to zrobić powolutku i nie chcę żyłować organizmu. Biegam teraz 5-6 km w tempie komfortowym, z którym dawniej biegłam 25 km. Treningi sprawiają mi przyjemność i nie chcę przesadzać. Zimę chciałabym spędzić na crossficie. Wrócę do regularnych treningów, ale już rozsądniej. 

Kojarzycie te momenty mega motywacji? 
- 'Zrobię cudowną sylwetkę do wakacji'
- 'Schudnę do sylwestra'
- 'Pozbędę się boczków do ślubu'
- 'Zaczynam od poniedziałku i naprawdę dam czadu!'
- 'Dobra, biorę się za siebie! Zaczynam super plan treningowy i osiągnę boski efekty! Motywacja max!'

To są momenty, w których narzucamy sobie mocne, intensywne i długie treningi. Nagle okazuje się, że ćwiczymy po 2-3 godzinny dziennie, 6 dni w tygodniu - sama to przeżyłam. A motywacja jest tak mocna, endorfin masa, więc nie chcemy zmniejszyć treningu, a wręcz: mocniej, szybciej i więcej!

Zawsze wtedy zastanawia mnie, co gdy przestaniesz nagle ćwiczyć? Co gdy nie zmniejszysz ilości spożywanych kalorii i zmniejszysz trening z 2 godzin do zera? Co się stanie? Jeśli się nie będziesz pilnować, to przytyjesz! Bolesne, ale prawdziwe.. 

Droga kobieto, jak długo będziesz sobie mogła pozwolić na 2 godziny treningu dziennie? Bez względu na to, ile masz lat, czy 15, czy 20, czy 30. Jeśli nie jesteś z zawodu trenerką fitness, lub inną wychowanką AWF-u, prędzej czy później, nadejdzie w życiu taki moment, w którym zabraknie czasu na regularny trening. Niestety, my kobiety mamy przesrane, większość chce mieć rodzinę i dzieci.. Nie ma się co łudzić, prawdopodobnie wiele z nas czeka, o ile już tego nie doświadcza, praca na pełnym etacie, wychowywanie dzieci, prowadzenie domu, opieka nad mężem - celowo piszę opieka, bo w niektórych przypadkach nie wiadomo, czy więcej uwagi wymagają dzieci, czy mężczyzna.. :D O ile nie masz gosposi, sprzątaczki albo faceta, który kocha gotować i sprzątać - masz albo będziesz mieć przesrane.. i nie wiesz, czy w natłoku obowiązków nie zaprzestasz treningów..xD Nie mam dzieci, nie mam jeszcze męża, ale trochę za bardzo poszłam w pracę i uciekło parę miesięcy ćwiczeń. Czasem dopadną Cię problemy albo choroba, to samo. Nie mam zamiaru uprawiać tutaj czarnowidztwa, ale chcę uświadomić z całą mocą, że NIE WARTO PRZESADZAĆ Z ĆWICZENIAMI, A DIETA NAPRAWDĘ ROBI ROBOTĘ! ;) 

(Bardzo przepraszam Panów, czytelników za ten bezpośredni zwrot do kobiet, ale macie w życiu trochę lepiej, w niektórych względach.:) )

Co do mnie.. polubiłam swoje ciało, o dziwo nie straciłam na jędrnośći, zniknęły mi zbyt duże mięśnie na nogach, które przyprawiały o giganryczne kompleksy, marzy mi się crossfit, ale nie chcę już przesadzać. Wszystko rozsądnie, a zwłaszcza jedzonko. Dlaczego pediatrzy pozwalają dzieciom decydować, o tym co jedzą? Nawet w obliczu tygodnia jedzenia samych ziemniaków? Bo dziecięcy, nieskażony jeszcze organizm doskonale da sobie radę sam i skoro potrzebuje wartości odżywczych z ziemniaków, to będzie je przyswajał tak długo, aż będzie to konieczne.WCIĄŻ UFAM SWOJEMU ORGANIZMOWI CAŁKOWICIE I CHYBA NIE WYCHODZĘ NA TYM ŹLE, BO TRZYMAM WAGĘ I NIE KATUJĘ SIĘ. 


Ps. Mówiąc dieta, nie mam na myśli absolutnie diet Dukana i innych pseudocudów. Mówiąc DIETA, myślę; zdrowe, racjonalne odżywianie, dostarczanie potrzebnych składników odżywczych i witamin, niewielka ilość świństw. Niewielka, a nie zerowa - bo jesteśmy tylko ludźmi, a od 1 paczki ciastek od święta nikomu nie zrobiły się fałdki na brzuszku. :) 

Pozdrawiam Was dziś nieco poważniej i rozsądniej, z nadzieją, że nie zdemotywowałam nikogo, a zwróciłam uwagę, że rozsądek i dieta to jednak ważne słowa. :) 
Ajwonkaa

piątek, 12 czerwca 2015

A Ty? Umiesz walczyć z podjadaniem?

Dzień, jak co dzień.. Wracasz do domu, ze szkoły/pracy/skądkolwiek, zjadasz obiad, niby nie jesteś głodna, ale coś tam byś jednak chętnie zjadła.. Siedzisz, czekasz aż nadejdzie uczycie sytości i zapomnisz o jedzeniu..ale im dłużej siedzisz i im dłużej czekasz, tym mocniej czujesz, że musisz, no po prostu musisz coś przegryźć! W końcu kapitulujesz, idziesz do kuchni, otwierasz lodówkę.. i jesz.. i jesz.. i jesz.. a jak już nie masz siły, to wracasz do pokoju, siadasz i masz ochotę płakać.. Bo czujesz się nagle wielka, gruba, a do tego masz ogromne wyrzuty sumienia.. 

Znasz ten schemat? Miewasz takie dni? Jak walczyć z podjadaniem?:)

Oto moje patenty:
  • Zdjęcie bardzo, ale to bardzo otyłej kobiety na lodówce, najlepiej podczas jedzenia
  • Szklanka wody, gdy chce Ci się jeść, a wiesz, że nie jesteś głodna, nie pomaga? Następna szklanka wody i następna.. Po 3 szklankach powinno zadziałać ;)
  • Zmień nawyki - zawsze do filmu jesz chipsy? Zrób zieloną herbatę i pokrój marchewki. Przecierpisz kilka dni, a w końcu się przyzwyczaisz. 
  • Nie miej czasu myśleć o jedzeniu. Tak sobie zaplanuj dzień, żeby był wypełniony po brzegi i nie było czasu na szukanie jedzenia.
  • Mięta - czasem wystarczy umycie zębów i apetyt spada.
  • Usunięcie z lodówki wszystkiego, co kusi i jest niezdrowe. Jeśli po otworzeniu lodówki znajdujemy warzywa, jogurty naturalne i serki wiejskie, to aż ciężko podjadać ;) 
  • Pomalowanie swojego pokoju na niebieski kolor - obniża apetyt. Totalny masochizm to pomarańczowe ściany w pokoju - pomarańczowy stymuluje apetyt. 
A jeśli mimo to potrzebujesz przekąski, wybierz coś zdrowego: owoce, warzywka, orzechy.. ;) 



W celu rozpoznania wroga, kilka memów; 






A Ty jak radzisz sobie z podjadaniem?

Pozdrawiam,
Ajwonkaa

sobota, 23 maja 2015

Pora na coś spokojniejszego - pilates ;)

Po morderczym Insanity zapragnęłam troszeczkę odpocząć. Nie chodziło mi jednak o leżenie na kanapie, a o nieco spokojniejsze ćwiczenia. ;) Wybór padł na PILATES.

O ile dynamiczne i intensywne ćwiczenia lubię wykonywać w domu, o tyle do pilatesu nie jestem w stanie się zmusić. Narodził się więc pomysł spróbowania zorganizowanych zajęć. Wraz z koleżanką zapisałyśmy się na pierwsze zajęcia. Oczyma wyobraźni widziałyśmy już siebie jako smukłe, gibkie i bardzo rozciągnięte. Z niecierpliwością oczekiwałyśmy na pierwsze zajęcia, aż wreszcie nadszedł ten dzień. Zajęcia miały się rozpocząć o 20, więc na ten dzień zaplanowałyśmy sobie trzydziestokilometrową rundkę rowerami, szybki prysznic, a potem pilates na zwieńczenie dobrego fit dnia.

www.dobryruch.pl

Zaczęło się nie najlepiej. Rowery się przeciągnęły, więc na pilates wpadłyśmy zziajane i odrobinkę spóźnione. Ale pełne dobrych chęci złapałyśmy matę i dołączyłyśmy do grupy. Prowadząca pokazała nam kilka wskazówek jak wykonywać prawidłowo ćwiczenia. Starałyśmy się je robić jak najlepiej, następnie przyszła pora na mięśnie brzucha, następnie kilka ćwiczeń na pośladki i uda (ćwiczenia bardzo podobne, jak te z mel b), dalej rozciąganie kręgosłupa (moja myśl: ale super, wreszcie mam czas poleżeć, poodychać i zadbać o kręgosłup), dalej rozciąganie nóg. Minęło około 40 minut, myślę: super, trochę poleżałyśmy, rozgrzewka zrobiona, teraz zacznie się prawdziwy trening, już się nie mogę doczekać. Nasze wrażenia były jak najbardziej pozytywne i oczekiwałyśmy dalszego ciągu treningu, aż tu nagle zajęcia zwyczajnie się skończyły... Generalnie poleżałyśmy trochę, kilka wdechów, machnięć nogą i brzuszków, szybkie rozciąganie i koniec.

Nie wiem czy trafiłyśmy na kiepskie zajęcia, czy może tak wszędzie wygląda pilates.. Zdecydowanie po nim nie stałyśmy się gibkie i rozciągnięte, co gorsza podejrzewam, że nawet po pół roku zajęć nie byłoby świetnych rezultatów. Jestem zaskoczona, bo przeczytałam mnóstwo artykułów zachwalających pilates. Miało być tyle plusów, jest rozczarowanie.

Co gorsza na te zajęcia uczęszcza wiele kobiet w średnim wieku, z nadzieją na poprawę sylwetki. Każda aktywność jest dobra, ale jeśli ktoś chce zrzucić troszkę ciałka to taki trening, na którym byłam, nawet dwa razy w tygodniu da bardzo niewiele. Zwłaszcza, jeśli na pilates jedzie się samochodem, następnie spokojne ćwiczenia 40minut, a potem duża kolacja, 'bo przecież poćwiczyłam i mogę'. Nie chce absolutnie skreślać, ani negować pilatesu, ale gdzieś głęboko w głowie świta mi myśl, że bombarduje się nas tezami, że takie, a takie ćwiczenia są super, dają rewelacyjne efekty w postaci rewelacyjnej sylwetki w szybkim czasie itd. A może czasem lepsze są najprostsze rozwiązania? Zwykły spacer, bieganie czy rower i mniej spożywanych kalorii? :)

Jednak z racji, iż uważam, że w życiu trzeba wszystkiego spróbować, teraz pora na wypróbowanie reszty rodziny: jogi i callaneticsu. ;) Może tu będzie więcej szczęścia.


Ciekawa jestem, czy ktoś z Was ma dobre wspomnienia związane z pilatesem i może śmiało polecić taki typ aktywności.

Zresztą bez względu, czy jesteście fanami pilatesu, czy też nie, najważniejsze to znaleźć motywację do ćwiczeń. ;) Miłej soboty wszystkim! :)



Pozdrawiam,
Ajwonkaa

wtorek, 19 maja 2015

Gdzie jestem, gdy mnie nie ma (na blogu)? ;) Codziennośc w stylu fit.

Troszkę mnie tu ostatnio mniej.. Intensywnie w pracy, dużo nadgodzin, każdy weekend od rana do wieczora studia. Dni zapełnione w stu procentach, niestety czasu na bloga nieco mniej.
Co u mnie?;)

Troszkę spokojniej u mnie jeśli chodzi o ćwiczenia. Bieganie, rower, rolki, próba pilatesu, wycieczki w góry, rozciąganie. Bez spiny, bez napiętych harmonogramów. Nie zawsze mam czas na ćwiczenia, ale jeśli mam chwilkę, to staram się ją wykorzystać, jak tylko mogę. Czasem jestem zmęczona i mam ochotę po pracy po prostu odpocząć. Wtedy odpoczywam, w końcu jutro też jest dzień. ;)

Kiedyś mi się wydawało, że napięty harmonogram ćwiczeń 6 dni w tygodniu to przepis na sukces, że choćbym była bardzo zmęczona, to trzeba wziąć się w garść i ćwiczyć. Ostatnio poluzowałam, do niczego się nie zmuszam. Ćwiczę co drugi dzień, choć różnie bywa. Zdrowo jem, ale bywają czasem dni w życiu kobiety, w których dałaby się zabić za czekoladę. W takie dni, jem kilka kostek, kosztem mniejszej kolacji. Świat się nie zawala, a ja mam swoje 5 sekund absolutnego szczęścia.. :D
Nie piję prawie wcale alkoholu, rzadko jem fast foody. Nie liczę obsesyjnie kalorii, rzadko się ważę i mierzę. Mój żołądek przestawił się na zdrowy tryb życia i jeśli uraczę go w przypływie słabości winem/colą/chipsami/hamburgerem etc., to na drugi dzień odczuwam skutki. Żołądek, wątroba albo cały organizm się buntują i zwijam się z bólu brzucha, mam mdłości, jakoś tak mi ciężko i źle. Wtedy stwierdzam, że nie warto, a organizm oddycha z ulgą. :)

Są różne dni w życiu człowieka, czasem ma się więcej czasu na dietę i ćwiczenia, czasem mniej. Dni większej motywacji przychodzą i odchodzą. Sinusoida życia i ćwiczeń. ;) 


Nie chcę przesadzać z ćwiczeniami, bo obawiam się sytuacji, gdy nie będę mogła poświęcić godziny dziennie na ćwiczenia. O ile ktoś nie jest fitnesską, trenerem personalnym, zawodowym sportowcem i nie zajmuje się aktywnością fizyczną w wymiarze ośmiu godzin dziennie, nie ma gwarancji, że zawsze będzie miał dostateczną ilość czasu na ćwiczenia. Która pracująca matka trójki dzieci ma tyle determinacji, żeby między pracą etatową, obowiązkami w domu, znaleźć siłę na dwugodzinny trening na siłowni? W swoim najlepszym okresie ćwiczyłam intensywnie 2 godziny dziennie, przez 6 dni w tygodniu. Co się dzieje, gdy człowiek 2 godziny dziennie zamienia na 2 godziny tygodniowo?
Jeśli nie zmniejsza ilości spożywanych kalorii, prawdopodobnie tyje. A przecież nie chcemy zamienić naszego starannie wypracowanego ciałka na tłuszczyk w niepotrzebnych miejscach. Sama obserwuję i śledzę wiele fit kobiet, które są dla mnie motywacją. Jednak zawsze największe wrażenie robią na mnie osoby, które nie zajmują się sportem z zawodu, a oprócz życia zawodowego i prywatnego znajdują determinację na aktywność sportową. Pracuje w biurze projektowym, razem ze mną swego czasu pracowała koleżanka, której dzień przebiegał w następujący sposób:
4.30 pobudka, sniadanie itd.
5:20 wyjazd do pracy
7:00 rozpoczęcie pracy
17:00 zakończenie pracy
18:30 dojazd na siłownię, trening
20:30 powrót do domu, a następnie obowiązki domowe i inne
Takie osoby podziwiam najbardziej. :)


Nie odradzam absolutnie nikomu intensywnych i częstych sesji ćwiczeniowych. Uważam jednak, że nie ma co przesadzać. Przebiegłaś wczoraj 10 km w szybkim tempie? Odpocznij dzisiaj, porozciągaj się, zregeneruj, a jutro wypoczęta pobiegnij 12 km.

Według mnie aktywność fizyczna powinna cieszyć. Nie powinna być obowiązkiem, nie powinno się do niej zmuszać, realizować za wszelką cenę zbyt ciężkiego dla siebie planu treningowego. Fit to styl życia, a nie przykry obowiązek. ;)

Absolutnie idealna sytuacja to taka, w której trening to element życia codziennego, jak spanie, jedzenie, oddychanie, gdy bez niego czujesz się nieswojo i czegoś Ci w życiu brakuje. 

Żeby nie było zbyt poważnie, na koniec zbiór kilku memów, mieszczących się w tematyce posta.:)





Pozdrawiam,
Ajwonkaa